Bieszczady na rowerze

Lato w Cisnej

 

Okres letni to czas, w którym pogoda sprzyja turystyce w Polsce. Jako entuzjasta roweru górskiego, staram się ten okres wykorzystać na wycieczki rowerowe. Tym razem wybór padł na Bieszczady, w których ­bywałem dotychczas tylko przy okazji wyjazdów sylwestrowych. Wybrałem Cisną, miejscowość położoną w dalekich partiach Bieszczadów, niedaleko granicy słowackiej, gdzie zarezerwowałem nocleg w Ośrodku Wczasowym Natura Tour „Perełka”.

 

Z Warszawy udało mi się wyjechać dopiero po południu, przez co na miejsce dotarłem późnym wieczorem. Ku mojemu zaskoczeniu, czkała na mnie ciepła kolacja. Podobno późne przyjazdy gości zdarzają się dość często… Nic dziwnego – jest to jeden z najodleglejszych zakątków Polski.

 

Około północy w Cisnej paliły się tylko nieliczne światła, a okolica pogrążona była w ciemnościach. O tym, do jak pięknego miejsca przyjechałem, mogłem się przekonać dopiero rano, gdy wyjrzałem przez okno w moim pokoju.

 

Cisna, widok z OW Natura Tour „Perełka”

 

Widok ten zachęcił mnie do szybkiego zejścia na śniadanie i przygotowania się do wycieczki. Muszę przyznać, że przyjechałem nieprzygotowany, bez planu tras i listy miejsc do odwiedzenia. Na szczęście bez problemu udało mi się kupić mapę turystyczną i przewodnik po bieszczadzkich szlakach rowerowych, dzięki którym zaplanowałem trasę pierwszej wycieczki – kierunek Wetlina.

 

Trzeba pamiętać, że w górach szlaki turystyczne i inne drogi, które nie zostały oznaczone jako trasy rowerowe, mogą się okazać bardzo trudne do przejechania na dwóch kółkach. I jakkolwiek udało mi się wejść z rowerem na Riabą Skałę (zwaną też Rabią Skałą) przy granicy słowackiej, to polecam zostawienie roweru w dolinie i zdobywanie tych partii gór na nogach.

 

Okolice szczytu Riaba Skała

 

W powrotnej drodze, która w dużej mierze przebiegła już szosą, z mostu w Kalnicy mogłem podziwiać widoki na rzekę Wetlinę i okoliczne szczyty w świetle zachodzącego słońca.

 

Kalnica, widok na rzekę Wetlinę

 

Następnego dnia postanowiłem dojechać aż do Jeziora Solińskiego. Wycieczka przebiegała przez Dołżycę, Buk, Rezerwat Sine Wiry i szlak nieistniejących wsi bieszczadzkich. Wsie - widma to pozostałość akcji wysiedleńczych prowadzonych przez władze polskie po zakończeniu drugiej wojny światowej, w wyniku których ludność ukraińska i łemkowska była przymusowo przesiedlana na tereny Ukrainy w obrębie Związku Radzieckiego lub do innych części Polski, a wyludnione wsie palono.

 

Rezerwat Sine Wiry

 

Jadąc dalej w kierunku Rajskiego spotkałem pieszego turystę, który zapytał mnie o drogę. Podejrzewam, że dobrze wiedział dokąd idzie, ale najwyraźniej chciał po prostu zamienić ze mną dwa słowa, gdyż – jak stwierdził – idzie już trzeci dzień i jestem drugą osobą, którą spotkał. Faktycznie, mimo że ośrodki wczasowe w bieszczadzkich miejscowościach są pełne wczasowiczów, to na szlakach nie można mówić o tłoku, a na wielu z nich spotkanie innego człowieka jest rzadkością.

 

Widok na San

 

Po dojechaniu do miejscowości Wołkowyja przy Jeziorze Solińskim, obrałem kierunek na Baligród. Po drodze moją uwagę zwrócił kościół w Górzance (dawna cerkiew św. Paraskewy). Warto było zjechać z trasy i wejść do środka. Wnętrze kościoła jest niesamowite i chyba żadne zdjęcie nie będzie w stanie go oddać. Od miejscowego księdza usłyszałem historię ikonostasu umieszczonego nad ołtarzem. Wykonany jest on w technice płaskorzeźby, zaczerpniętej z tradycji rzymskokatolickiej, ale stylistyka figur świętych przypomina postacie malowane na tradycyjnych ikonach. Przez pewien czas figury świętych przebywały na strychu bądź w przedsionku kościoła, gdyż wizytujący cerkiew ortodoksyjny biskup uznał je za niezgodne z kanonami obowiązującymi w kościele wschodnim, gdzie ikony mogą być wyłącznie malowane (a właściwie: pisane) na gładkiej desce.

 

Wnętrze kościoła w Górzance

 

Kilkadziesiąt lat temu w kościele tym służył ubogi parobek, który podkradał z plebani ser dla swojej dziewczyny. Kiedy proboszcz się zorientował, zebrał wszystkich ministrantów i innych służących w kościele i zażądał, by sprawca kradzieży się przyznał, „bo przecież to nie święci zjadają ser”. Nikt się nie przyznał, ale następnego dnia parobek zawołał księdza, mówiąc, że ksiądz miał rację, to święci kradną ser! Dowodem były ślady sera na ustach figur, które parobek wcześniej zostawił. Co dziwniejsze, ksiądz w to uwierzył i postanowił ukarać figury, wymierzając im karę chłosty. Parobek przestraszony, że ściągnie na siebie karę boską, wyniósł figury z kościoła i ukrył je. Kolejnego dnia zaalarmował proboszcza, że „święci sobie poszli”. Zarządzono poszukiwania. Jak się okazało, na szczęście nie odeszli zbyt daleko, a parobek „znalazł” miejsce, w którym się schowali. Aby przeprosić świętych za zbyt surowe potraktowanie, odprawiono uroczystą mszę, podczas której z wszelkimi honorami figury zostały wniesione z powrotem do kościoła. Uroczystość tę pamiętają najstarsi mieszkańcy wsi, a podczas konserwacji płaskorzeźb znaleziono na nich uszkodzenia mechaniczne, które uprawdopodobniają lanie, które spuścił im łatwowierny proboszcz.

 

Za Górzanką skręciłem ponownie w las i przez Bereżnicę Wyżną udałem się w kierunku Baligrodu, z którego planowałem wrócić szosą przez Jabłonki do Cisnej.

 

Droga z Bereżnicy Wyżnej do Baligrodu

 

Pod Baligrodem miejscowy gospodarz widząc, że studiuję mapę, zaoferował pomoc i zasugerował, że znacznie ciekawsza i niewiele dłuższa będzie droga przez Tyskową, przełęcz Hyrcza i Łopienkę, tym bardziej że w ten sposób uniknę wdychania spalin na szosie oraz nie zawsze bezpiecznego wyprzedzania przez kierowców samochodów. Trasa ta nie jest oznaczona jako szlak, ale uzyskałem zapewnienie, że uda mi się tamtędy przejechać. Po drodze, zaraz po zjeździe w las w Tyskowej, mogłem zobaczyć niesamowite, dymiące retorty, w których wypalany jest węgiel drzewny, kapliczkę z figurą Jezusa siedzącego na parapecie okna i przepiękne widoki łąk, a podczas zjazdu w kierunku Łopienki natknąłem się na małego niedźwiedzia, który uciekł przestraszony przez szybko nadjeżdżający rower. Nie będę wspominał licznych łani, jeleni, lisów i innych dzikich zwierząt, których pełne są bieszczadzkie lasy. Droga okazała się przejezdna, choć nie obyło się bez prowadzenia roweru przez kilka stromych odcinków, dlatego polecam tę trasę tylko doświadczonym rowerzystom.

 

Tyskowa, wypalanie węgla drzewnego w retortach

 

 

Łąki w okolicy przełęczy Hyrcza

 

W Łopience, kolejnej nieistniejącej wsi, znajduje się odrestaurowana cerkiew. Na szczęście miałem jeszcze trochę czasu, aby zwiedzić to miejsce i zdążyć przed zmrokiem do Cisnej przez Buk i Dołżycę.

 

Łopienka, drzewo przy cerkwi.

 

W nocy postanowiłem udać się do miejscowości Roztoki Górne, leżącej ok. 10 km od „Perełki”. W Roztokach Górnych na odsłoniętej polanie stoi tylko kilka domów, które w nocy są wygaszone, dzięki czemu jest to doskonałe miejsce do prowadzenia obserwacji nocnego nieba.

 

Kolejnego dnia postanowiłem wykonać pętlę właśnie przez Roztoki Górne i przez przełęcz Żebrak.

 

Na szlaku Roztoki Górne – Żubracze

 

Z Cisnej do Roztok Górnych prowadzi droga asfaltowa, z której zjeżdża się w kierunku na Żubracze. Po drodze minąłem Solinkę, kolejną nieistniejącą wieś, po której pozostało dziś tylko kilka nagrobków.

 

Dawna wieś Solinka

 

Żubracze, linia Kolejki Bieszczadzkiej

 

Jadąc dalej przez Żubracze na Wolę Michową na zboczyłem w kierunku Balnicy, gdzie po spalonej wsi pozostała kaplica z wypływającym obok niej źródełkiem, któremu w dawnych czasach przypisywano cudowne właściwości.

 

Po dotarciu do przełęczy Żebrak, skręciłem na szlak w kierunku Cisnej przez Jaworne, Wołosań i Osinę, oznaczony na mapie jako trasa rowerowa, który okazał się stromą ścieżką z licznymi wzniesieniami i spadkami. Większość tej trasy przeszedłem pchając rower. Zgłosiłem to wydawcy mapy turystycznej, który obiecał ją skorygować. Dlatego polecam tę 3,5-godzinną trasę doświadczonym turystom pieszym, a rowerzystom radzę przejechać przez przełęcz Żebrak w kierunku bazy turystycznej Rabe i dalej przez Jabłonki do Cisnej.

 

Okolice Cisnej

 

Lekko spóźniony, dotarłem do „Perełki”, gdzie mimo skończonej doby hotelowej umożliwiono mi skorzystanie z prysznica w jednym z wolnych pokoi i przebranie się. Pora opuszczać Cisną…

 

Bieszczady mają licznych entuzjastów. Muszę przyznać, że dołączyłem do ich grona. Mimo że w dalszej podróży odwiedziłem wiele pięknych miejsc w Karpatach i Sudetach, to nic nie jest w stanie oddać magii Bieszczadów. Będąc tam czuje się, że jest się z dala od świata masowej turystyki, jarmarków i parawaningu. Infrastruktura turystyczna nie zniszczyła krajobrazu, miejscowi mieszkańcy są niezwykle gościnni i z chęcią pomagają turystom znaleźć drogę, zabierają autostopowiczów i dzielą się historiami.

 

Już teraz planuję kolejny wyjazd do Cisnej, tym razem we wrześniu i październiku, gdy porastające Bieszczady lasy bukowe zaczną się mienić jesiennymi kolorami. Zamierzam zostać nieco dłużej, gdyż latem przez trzy dni udało mi się zwiedzić tylko niewielki fragment tego wyjątkowego regionu.

 

Witold Wrodarczyk