Bieszczady jesienią

Rowerem i nie tylko

 

Po letnim wypadzie do Cisnej postanowiłem ponownie pojechać w Bieszczady jesienią. Wyjechałem z Warszawy 2 października. To bardzo dobra data, jeśli chce się obserwować zmianę krajobrazu Bieszczadów z letniego na jesienny. Drzewa na zboczach gór, które w dniu przyjazdu wyglądały niemal tak samo jak latem, w ciągu kolejnych dni zaczęły się złocić i po tygodniu zmieniły się nie do poznania.

 

Oczywiście zabrałem ze sobą rower, a zaraz po przyjeździe zakupiłem mapę turystyczną, aby zacząć planować wycieczki. Zakup mapy (koszt ok. 10 zł) to pierwsza rzecz, jaką należy zrobić na miejscu. Nie zastąpi jej żadna nawigacja. Tym bardziej, że wiele nazw miejscowości powtarza się: Kalnica, Dołżyca, czy Przysłup potrafią mieć imienniczki położone nawet kilkanaście kilometrów dalej.

 

Pierwszego dnia postanowiłem zobaczyć, czy Bieszczady po słowackiej stronie są równie piękne, jak po naszej. Zaplanowałem trasę o długości 78 km, z Cisnej przez Roztoki Górne do Słowacji, wokół zbiornika wodnego Starina, przez Prislop i Topolę. Wiedzie ona przez drogi asfaltowe, szutrowe i polne, a nachylenie, choć często spore, pozwala na pokonanie jej praktycznie w całości jadąc na rowerze.

 

Oto jak wygląda Słowacja z drogi prowadzącej z przejścia granicznego:

 

 

Całkiem ładnie, ale wydaje się, że Bieszczady po stronie polskiej mają znacznie więcej do zaoferowania. Kolejnego dnia, korzystając z wyjątkowo ładnej pogody, zdecydowałem się na trasę Cisna - Jabłonki - Huczwice - Kalnica - Cisowiec - Mchawa - Średnie Wielkie - Łukowe - Dziurdziów - Hoczew - Baligród - Jabłonki – Cisna. Łącznie 93 km. Liczyłem się z tym, że wrócę po zmroku, ale powrót z Baligrodu odbył się szosą. Wycieczka dość intensywna. Szczególnie wartym zapamiętania było Jeziorko Bobrowe na trasie z Huczwic do Kalnicy:

 


 

Aby nie przeciążać się po dwóch intensywnych dniach jazdy, następną trasę zaplanowałem krótszą: 38 km, szosą Cisna - Dołżyca - Przysłup - Kalnica - Smerek, a następnie szlakiem czerwonym Fereczata - Jasło - Cisna (przed Cisną zjazd ze szlaku drogą na Majdan). W wielu miejscach na szlaku czerwonym trzeba było zejść z roweru. Nie należy się zniechęcać się ostrym podejściem na Fereczatą, później jest znacznie więcej okazji, by wsiąść na rower, a widoki ze szczytów gór wynagrodzą niedogodności pchania roweru pod górę i sprowadzania na dół (co jest konieczne na ostatnim odcinku przed Cisną). Po zejściu ze szlaku na drogę w kierunku Majdanu mamy już przyjemny zjazd do samej Cisnej.  Na zdjęciu widok z Fereczatej.

 

 

Zachęcony widokami na połoniny, obrałem je za kolejny cel. Tym razem postanowiłem jednak odbyć wycieczkę pieszą, gdyż jazda rowerem na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie jest dozwolona, a nogi domagały się odpoczynku od pedałowania. Plan obejmował przejście całej Połoniny Wetlińskiej i powrót.

 

Aby plan ten wykonać, zwiozłem samochodem rower na parking w Brzegach Górnych, a następnie wróciłem samochodem do Kalnicy (Bacówka PTTK pod Jaworcem), skąd pieszo udałem się na górę Smerek, a następnie przez Połoninę Wetlińską i Schronisko Chatka Puchatka dotarłem do Brzegów Górnych, skąd rowerem przez Wetlinę i miejscowość Smerek wróciłem do samochodu zaparkowanego pod Kalnicą. Część rowerową rozpoczyna dość stromy podjazd, ale później jest to już łatwy i przyjemny zjazd, z nielicznymi i "niegroźnymi" podjazdami. Łącznie 37 km, pół na pół marsz i jazda na rowerze.

 

Piękno połonin o tej porze roku jest nie do opisania. Nie jest również możliwe przedstawienie go na fotografii. Rzeczywistość jest nieporównywalnie piękniejsza. To trzeba zobaczyć na własne oczy. 

 

 

 

Wycieczkę tę, podobnie jak poprzednią, na Fereczatą i Jasło, polecam również turystom pieszym. Na trasie Cisna – Smerek – Brzegi Górne kursują regularnie autobusy, a popularnym środkiem transportu jest autostop, którego złapanie nie tu stanowi większego problemu. Sam zabrałem po drodze parę wędrowców z Wetliny do Kalnicy. 

 

Aby uniknąć jazdy rowerem kolejny raz znaną już sobie trasą, następnego dnia postanowiłem również wykorzystać samochód. Tym bardziej, że po przejściu Połoniny Wetlińskiej, nogi domagały się odpoczynku. Zasłużonego.

 

Z Cisnej wyjechałem dopiero o 13.00, w kierunku Komańczy. Po drodze zjechałem w prawo do wioski Smolnik, gdzie zostawiłem samochód w zajeździe. Po posileniu się obiadem, pojechałem rowerem przez Mików, drogą asfaltową na przełęcz Żebrak, dalej szlakiem czerwonym przez Chryszczatą i Duszatyn. Po drodze mogłem podziwiać jeziorko w rezerwacie Zwiezła, powstałe na terenie osuwiska będącego pozostałością katastrofy z 1907 roku, kiedy od góry Chryszczata  oderwało się 12 mln metrów sześciennych skał i z wielkim hukiem runęło na las. 

 

 

Dalej rowerem przez Rzepedź do Komańczy, skąd wróciłem do Smolnika szosą w kierunku Cisnej. Łącznie 50 km.

 

Mimo późnego wyjazdu, udało się wrócić do samochodu przed zapadnięciem zmroku. Niemniej, planując wycieczki należy pamiętać, że jesienią dni są coraz krótsze i zawsze warto sprawdzić godzinę zachodu słońca.

 

Późny wyjazd nie pozwolił mi jednak zwiedzić Komańczy. Dlatego następnego dnia postanowiłem przejechać jeszcze raz przez tę miejscowość. Trasa (52 km) była następująca: Ze Smolnika przez Duszatyn i przełom Osławy (na zdjęciu poniżej), do Komańczy (na zdjęciu cerkiew odbudowana po pożarze z 2006 roku), dalej przez Dołżycę, Radoszyce, a następnie wzdłuż polsko-słowackiej granicy do tunelu w Łupkowie. Dalej, mijając Schronisko „Koniec Świata” powrót szlakiem niebieskim do szosy Cisna – Komańcza, którą wróciłem do Smolnika.

 

To jeszcze nie koniec wyjazdu, już wkrótce kolejne relacje. Tymczasem gorąco zachęcam do szybkiej decyzji i wyjazdu w Bieszczady. Po 10 października i pierwszych nocnych przymrozkach, zaczyna się tu najpiękniejszy sezon, gdzie góry mieniące się barwami jesieni przyprawiają o zawrót głowy. Nie warto czekać do następnego roku, tym bardziej że w pięknie położonym ośrodku Natura Tour „Perełka” w Cisnej, w którym miałem przyjemność spędzić ostatni tydzień, są jeszcze wolne miejsca.

 

 

 

 

Witold Wrodarczyk